Kraków. Miasto hejnału, lajkonika, obwarzanka, wawelskiego smoka i bożonarodzeniowych szopek. Ale też miasto skrywające mroczne tajemnice. Ojczyzna Karola Kota, osławionego wampira z Krakowa, miejsce zbrodniczej działalności „Pięknego Władzia”, czyli Władysława Mazurkiewicza. I to właśnie z tego plugawego oblicza chętnie korzystają autorzy kryminałów.

Do łask powieści kryminalne wróciły w głównej mierze dzięki autorom skandynawskim. Surowe powieści Jo Nesbø, Camilli Lackberg, Henninga Mankella czy Stiega Larssona udowodniły, że choć to literatura popularna, nie należy jej lekceważyć. Nesbø powiedział kiedyś, że w Skandynawii kryminał stał się „społecznie i politycznie zaangażowaną poważną literaturą obnażającą mechanizmy działania państwa”. Książki jego i jego kolegów po fachu opowiadają o nieporadności systemu czy problemach marginesu społecznego. To już nie tylko podrzędne czytadła, przy których co bardziej wprawny czytelnik przewraca oczami, ale historie, z pomocą których da się opowiedzieć coś więcej.

Kryminalna mapa Polski
Niemal każde większe miasto w Polsce ma swoje opowieści kryminalne. Warszawa ma Uwikłanie Zygmunta Miłoszewskiego, Wrocław – kryminały Marka Krajewskiego. Dzieje rodzinnego Lublina zgłębia Marcin Wroński, w książkach Ryszarda Ćwirleja w tle mamy Poznań, w powieściach Czubaja i Krajewskiego – Trójmiasto, a w LampionachKatarzyny Bondy – mroczne zaułki Łodzi.

Nie brakuje też autorów, którzy zanurzyli się w „nieprzysiadalne” odmęty Krakowa. Więcej! W ostatnich latach na równi ze smogiem królewskie miasto spowiła duchota miejsca zbrodni. Pisarze popełnili przestępstwa niemal w każdym jego zakątku, bezpardonowo wypruli z niego podszewkę i pokazali cały brud zalegający pod jej powierzchnią.


Fot. Grzegorz Kozakiewicz 

Mały mistrz na tropie

Wspomnianego ducha Karola Kota przy fałszywych dźwiękach hejnału z wieży Mariackiej tropił w pierwszej książce prozatorskiej wydanej pod własnym imieniem i nazwiskiem Marcin Świetlicki.

Głównym bohaterem wydanych w 2006 roku Dwunastu (oraz kontynuacji: Trzynaście i Jedenaście) był dawny gwiazdor, nazywany mistrzem od tytułowej roli, którą zagrał jako dziecko w popularnym serialu Mały mistrz na tropie. Po jego dawnej sławie niewiele już zostało, gość „utył, spuchł i posiwiał”, snuje się niczym włóczykij od baru do baru (najłatwiej spotkać go w Zwisie, ale chętnie pojawia się w Dymie, Pięknym Psie czy fikcyjnym Biurze). Zupełnie przez przypadek wplątuje się w intrygę kryminalną.

Debiutancka powieść Świetlickiego stricte kryminałem nie była, z gatunkowego sztafażu korzystała do nakreślenia przewrotnego, kpiarskiego komentarza na temat otaczającej nas rzeczywistości, tak w skali Krakowa, jak i ogólnopolskiej. A w tle mieliśmy poetycki Kraków, miasto trudne do uchwycenia, fantazmat rozrzedzony w wódce i skąpany w gęstym dymie z papierosów.

Dominikanin na tropie
Mistrz Świetlickiego nie był typowym bohaterem z kart powieści kryminalnych. Daleko było mu do Herkulesa Poirot czy Sherlocka Holmesa. W przebłyskach świadomości był raczej biernym obserwatorem wydarzeń aniżeli czynnym detektywem, korzystającym ze swojego sprytu czy intelektu.

Zresztą, rodzimi autorzy nie boją się bawić gatunkiem. Na przykład, Ireneusz Grin, jeden z ojców założycieli Stowarzyszenia Miłośników Kryminału i Powieści Sensacyjnej „Trup w szafie” (wraz z m.in. Witoldem Beresiem czy właśnie Świetlickim), opowiadaniem Bezpański pies (2005) rozpoczął cykl książek o Józefie Marii Dyduchu – byłym dominikaninie, obecnie prywatnym detektywie, który specjalizuje się w... sprawach rozwodowych.

Jego bohater, przystojny, dobrze wychowany, błyskotliwy, acz fajtłapowaty w sprawach damsko-męskich, powraca w powieści Pan Szatan (2007), a następnie trafia na karty parodii kryminału Orchidea (2009), który Grin napisał wraz z Gają Grzegorzewską i Marcinem Świetlickim w Mleczarni przy ul. Meiselsa. Oto pod mostem Dębnickim odnaleziono powieszoną kobietę, przy której znajdowała się karteczka z napisem „Co ma wisieć, nie utonie”. Józef Maria Dyduch, Julia Dobrowolska oraz mistrz – niczym w rozbuchanym blockbusterze Marvela – łączą siły, by wspólnie odkryć tożsamość mordercy.

Warto dodać, że prowadzone przez trio śledztwo jest bardziej niż absurdalne, a do tego podlane szczegółami życia (znanych) krakusów. – Robiliśmy sobie jaja z każdego z bohaterów. To nie są do końca te same postaci – one się zachowują troszeczkę inaczej niż zazwyczaj. Jakby zarzucili sobie grzyba – żartował Świetlicki po premierze książki.

Siła jest kobietą
Jeśli już jesteśmy przy Grzegorzewskiej, warto wspomnieć kilka słów właśnie o prywatnej detektyw Julii Dobrowolskiej, zabójczej blond piękności z tajemniczą blizną na twarzy. Kobieta jest rzeczowa, konsekwentna, zdecydowana. Ma też słabość do wysokoprocentowych trunków i drogich ubrań. W swoich powieściach Grzegorzewska zabiera też w podróż po nieznanych labiryntach krakowskiego piekła, gdzie unosi się niemal fizycznie odczuwalne zło.

 – Nie potrafię żyć nigdzie indziej. Najdłużej poza Krakowem byłam miesiąc. Lubię moje miasto, a jego ciemna strona mnie nie przeraża, wręcz przeciwnie, od zawsze fascynuje – mówiła autorka kilka lat temu.

Do kryminału trzeba dwojga
„Co dwie głowy to nie jedna” – mówi stare polskie porzekadło. Do serca wzięli sobie je także pisarze, którzy chętnie łączą siły w celu dostarczenia czytelnikom fascynującej rozrywki.

W 2017 roku przyzwoitym retro kryminałem Najdłuższa noc uraczył nas duet Maciej Dancewicz i Marek Bukowski. Pierwszy to historyk, ale też scenarzysta i reżyser, drugi to popularny aktor, odtwórca roli Piotra Gawryły w serialu Na dobre i na złe. W Najdłuższej nocy, będącej powieściową wersją scenariusza serialu Belle époque z Pawłem Małaszyńskim i Magdaleną Cielecką, początkujący pisarze zabierają nas do Krakowa z początku XX wieku. A w jego zakamarkach czai się zło, którego owocem jest znaleziona na Plantach martwa kobieta z ziejącymi pustką oczodołami zamiast oczu. Tak rozpoczyna się seria makabrycznych zbrodni, a rozwiązania zagadki podejmuje się syn marnotrawny, powracający z dalekiego Madagaskaru. Powieść wyróżnia to, że panowie nie ograniczają się wyłącznie do snucia kryminalnej intrygi, ale też wiarygodnie ukazują narodziny nowej epoki, w której raczkuje kryminalistyka.

Nieco inny kurs obierają Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński. Jako Maryla Szymiczkowa odpowiadają za serię o profesorowej Zofii Szczupaczyńskiej, która pomiędzy domowymi obowiązkami rozwiązuje zagadki tajemniczych zgonów w XIX-wiecznym grodzie Kraka. Już samo przyjęcie przez autorów pseudonimu, który jakże wnikliwie dookreślają (Szymiczkowa jest wdową, korektorką „Tygodnika Powszechnego” oraz stałą bywalczynią kawiarni Noworolski), sugeruje, że książek nie ma co brać śmiertelnie poważnie. Ich Tajemnica domu Helclów (2015), Rozdarta zasłona (2016) oraz Seans w Domu Egipskim (2018) to powieści utrzymane w duchu twórczości i Zapolskiej, i Christie, ale też ujmująca satyra na minioną epokę.

Miasto jest w tych kryminałach bohaterem równie ważnym jak profesorowa. Autorzy pieczołowicie odtworzyli topografię, zakamarki, zwyczaje i przekrój krakowskiego społeczeństwa. – Staramy się, by wszystkie smaczki, anegdoty i szczególiki miały oparcie w faktach. Jeśli przepis na powidła, to autentyczny. Jeśli skandal, to potwierdzony w źródłach. W ówczesnym Krakowie działo się tyle ciekawych rzeczy, że rzeczywistość naprawdę nierzadko przerastała fikcję – mówili w rozmowie z „Dziennikiem Polskim”.

Kroke, to znaczy Kraków
Z kolei inny duet – Małgorzata oraz Michał Kuźmińscy – zabiera czytelników do Krakowa w przeddzień wybuchu II wojny światowej. Pisarskie małżeństwo zafascynowane jest kulturą żydowską, a szczególnym uczuciem darzy krakowski Kazimierz. To właśnie tam rozgrywa się akcja ich Sekretów Kroke (2009).

Tajemnicze Kroke to nic innego jak Kraków w języku jidysz. W swoim kryminale Kuźmińscy z awanturniczym błyskiem w oku, z plastycznością, niemalże namacalnością oddali klimat i koloryt społeczności żydowskiej. Zresztą para lubi budować swoje opowieści na konfliktach na tle etnicznym. Lęk, niezrozumienie i wrogość powrócą też w Kamieniu (2017), kiedy w romskiej osadzie na Sądecczyźnie odnaleziony zostanie martwy chłopczyk o jasnej karnacji i włosach koloru pszenicy. Ale zanim to nastąpi, para wyda kontynuację debiutu – Klątwę Konstantyna (2011) – w której powrócą do bohaterów, ale już po wojennej zawierusze.

Do okupowanego Krakowa akcję przenosi też Agnieszka Krawczyk w Nocy zimowego przesilenia. Na Wawelu powiewają hitlerowskie flagi, nocami ulice spowija mrok, a w tajemniczych okolicznościach znika słynny jasnowidz. Wtedy do akcji wkracza detektyw Artur Załuski. W powieści Krawczyk mieszają się wątki sensacyjne i kryminalne, a w sprawę zamieszane są obce wywiady i tajne stowarzyszenia okultystyczne.

Dekadencki Kraków
W tony retro uderza też Krzysztof Maćkowski. W jego Raporcie Badeni trafiamy do Krakowa roku 1900, w którym od dwóch lat Stanisław Przybyszewski zapija „ból istnienia”. Tymczasem na Błoniach, gdzie latem wciąż pasą się krowy, ktoś odnajduje ciało warszawskiej studentki. Sprawą zajmuje się inspektor Gustaw Mahler, człowiek ironiczny, acz rzetelnie wykonujący swoje obowiązki. Maćkowski językiem oszczędnym, wyciągniętym niemal z policyjnym kartotek, kreśli pejzaż wykoślawionych młodopolskich obyczajów, całość ubarwiając odtworzoną miłosną korespondencją czy dygresjami o początkach futbolu.

Dekadencki nastrój Krakowa z przełomu XIX i XX wieku upatrzyła sobie także Małgorzata Kochanowicz, która osadziła w nim akcję swojej trylogii o Witoldzie Korczyńskim, człowieku o skomplikowanej przeszłości i wybitnych zdolnościach detektywistycznych.

Lenin, piec martenowski, blokowisko
Niektóre książki poświęcono też miastu w okresie PRL-u. Atmosferę końca lat 50. XX wieku wiarygodnie udało się oddać Agnieszce Krawczyk w Dziewczynie z aniołem. Kraków odwilży gomułkowskiej żyje tajemniczym morderstwem pięknej maturzystki, a historię poznajemy oczyma nieszczęśliwie zakochanego w dziewczynie szkolnego kolegi Filipa Dobrowskiego.

Z kolei Nową Hutę lat 70. odnajdziemy w Kosie, czyli balladzie kryminalnej o Nowej Hucie (2012) Hanny Sokołowskiej. Narrację tworzą tutaj listy, artykuły z gazet, podania, a nawet wpisy z księgi zażaleń. Z tej układanki wyłania się motyw kryminalny, czyli morderstwa młodych dziewczyn. Trzy lata później autorka powróciła powieścią Koty, czyli złap mnie w Nowej Hucie. Tym razem akcja toczyła się w 1988 roku. – Ta dzielnica zawsze miała swoją tożsamość. Pisząc kryminały, chcę wyrwać Hutę z zaklętego kręgu wspomnień pod nazwą „Lenin, piec martenowski, blokowisko” – mówiła po premierze.

Królewski inwestygator
Renesansowy Kraków upodobał sobie natomiast Mariusz Wollny. Akcja jego na poły poważnego, na poły żartobliwego cyklu o przygodach królewskiego inwestygatora Kacpra Ryksa toczy się za panowania Zygmunta Augusta. XVI-wieczny Kraków odtworzony został z pietyzmem i topograficzną wiernością. To miasto tyleż urokliwe, co przerażające. Czuć w książkach echa opowieści łotrzykowskich, a na kartach przewijają się postaci zarówno fikcyjne, jak i historyczne. Mamy i Mikołaja Sępa Szarzyńskiego, i Jana Kochanowskiego, i burmistrza Erazma Czeczotkę. Aż chce się ruszyć w miasto śladami bohaterów. A gdy już się ruszycie z kanapy, nie zapomnijcie zahaczyć o „ławeczkę literacką” samego Wollnego na krakowskich Plantach, tuż obok Bramy Floriańskiej.

Powrót do współczesności
Pora wrócić do czasów współczesnych. Tutaj o uwagę czytelnika walczy Bartłomiej Basiura, który ma zaledwie 28 wiosen na karku, a na koncie już sześć książek. Jego Reset i Waga to powieści krakowskie, a wszystkie wątki łączy areszt przy ulicy Montelupich.

W Krakowie akcje swoich powieści umieścili też Marek Harny (Pismak), Zofia Małopolska (Morderstwo tuż za rogiem) czy Krzysztof Mazurek (Osiem kroków tanga). Ale wyróżnia się na ich tle Krzysztof A. Zajas, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, który udaje się w zdecydowanie mroczniejsze rejony, oscylujące wokół zbrodni na tle religijnym. Kierowany mottem Stephena Kinga, że książki mają być do czytania, pisze powieści sensacyjne i kryminalne, w których często narracja zbacza w stronę nadnaturalności rodem z horrorów. Jest autorem znakomitej „trylogii grobiańskiej” (Ludzie w nienawiści, Mroczny krąg, Z otchłani), a także powieści Oszpicyn (2017) o rozlewie polskiej i żydowskiej krwi (Oszpicyn to w jidysz Oświęcim). Obecnie przeniósł się na północ i pracuje nad tak zwaną trylogią pomorską.

Demonów z czasów minionych szuka też Łukasz Orbitowski. W Tracę ciepło (2018), opowieści o dwóch kumplach z podstawówki na Kazimierzu, próbujących rozwiązać zagadkę śmierci szkolnego woźnego, kryminalna intryga unosi się w oparach grozy i mistycyzmu. Dodajmy, że wcześniej Kraków – brudny, odstręczający – był w tle wydarzeń jego Horror Show (2006).

Z przymrużeniem oka
Nie tylko Szymiczkowa czy trio Grin-Świetlicki-Grzegorzewska wyśmiali prawidła gatunku. Z konwencji kryminału jawnie zakpił sobie też Paweł Oksanowicz. W Kra Kra Krakowskim Kryminale pokazał, że tego gatunku nie trzeba brać na serio, a przy okazji bawił się wątkiem odwiecznej i stereotypowej rywalizacji między Krakowem a Warszawą.

Nie należy też traktować poważnie Kogo kocham, kogo lubię Marty Mizuro oraz Roberta Ostaszewskiego. Para krytyków literackich śmieje się nam w twarz już na wstępie – główny bohater nie jest – jak zazwyczaj – cierpiącym na depresję mężczyzną z mroczną przeszłością, a dziarskim mężem i ojcem. Książka tętni humorem i kipi od ironii, a wszystko zanurzone jest w charakterystycznym krakowskim sosie.

Śladami zbrodni
Kraków stał się w ostatnich latach prawdziwym zagłębiem literackiej zbrodni. Co ciekawe, w ramach projektu Literacka Małopolska powstał nawet Szlak Kryminalny*. Rynek i Kazimierz, poznane z nieco innej perspektywy, zaskakują i intrygują, a kolejne nieodkryte zakamarki miasta czekają na wielbicieli przygód i długich spacerów. 

Liza Marklund, szwedzka dziennikarka i autorka powieści kryminalnych, powiedziała kiedyś, że kryminały są szczególnie popularne w krajach dobrze rozwiniętych. Chodzi o kontrast pomiędzy wygodnym, spełnionym życiem a brutalnym morderstwem. Lista wartych lektury autorów kryminałów piszących o Krakowie jest długa i nieustannie pojawiają się na niej nowe nazwiska. Więc może i nam żyje się lepiej?

*Mapę można znaleźć na stronie readingmalopolska.pl


 

Fot. Grzegorz Kozakiewicz 

Dominik Jedliński – absolwent Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej. Autor bloga filmowego Filmbuk (filmbuk.weebly.com), na którym można znaleźć m.in. pierwszą w języku polskim analizę filmografii amerykańskiego reżysera Scotta Coopera. Miłośnik kina prawniczego. Tworzył działy prasowe największych krakowskich festiwali filmowych: Off Camera oraz Etiuda&Anima. Pisał o kulturze dla wielu mediów.

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, grudzień 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl

Beata Szymańska: Czasem odczuwam przemijanie, i to bardzo boleśnie, jeśli nie jest to tylko przemijanie pór roku, w swoim odradzaniu się i pięknie. Nie twierdzę, że się ze wszystkim godzę bez problemów, może mój optymizm w wierszach jest dla mnie formą ucieczki przed tym.

Elżbieta Wojnarowska: To zdumienie chyba nie od dziś, pisałaś już przecież w swoim wierszu, że żyjesz przez ciekawość… Skąd to zadziwienie?

Beata Szymańska: Na to pytanie trudno odpowiedzieć jednoznacznie, bo należałoby odpowiedzieć: to świat jest zadziwiający! Począwszy od przyrody, która nieodmiennie budzi moje zdumienie, a skończywszy na właściwościach tego świata, niewytłumaczalnych, często zachwycających, a często przerażających. A może jest w tym też trochę z dziecięctwa, które w każdym z nas tkwi, a którego ja nie tępię w sobie.

Czy to jakaś szczególna Twoja przypadłość?

Może tak, a może to dzięki ojcu, który często zabierał mnie w góry i tak z nim chodziłam po zielonym świecie. Uczył mnie tego zachwytu, bo sam był człowiekiem zadziwionym światem.

Może poeci mają to do siebie, że coś z dziecka w nich zostaje?

Nie sądzę. Myślę, że są też poeci, którzy są starzy od samego urodzenia (śmiech).

Jesteś typem obserwatora? Chodzisz po swoich uliczkach kazimierskich, choć podobno to już nie Kazimierz, tylko Skałka, i obserwujesz? A to mury, a to psa lub gołębia czy pana Zdzisia?

Chodzę i obserwuję. Na przykład teraz obserwuję, z zachwytem, gołębie, które się do siebie zalecają i urządzają tańce na trawniku. Ten ich taniec jest naprawdę piękny!

A potem notujesz? Tu wyrósł kwiatek, tam burza błysnęła, słońce zaszło za wieżę, a pani Stasia znów sobie podpiła? I z tego są wiersze?

Tak, bo taki wciąż jeszcze jest świat mojej ulicy, bardzo zresztą malowniczy. Są starzy mieszkańcy, którzy piją wódeczkę i okupują swoją ławkę nad Wisłą. To taki folklor tej dzielnicy. Ja też do niego należę, więc piszę, także o sobie (śmiech).

Piszesz nie słowami, tylko uśmiechem, ciepłem. Skąd się bierze taki własny piecyk na szczególne dni?

To nie jest tak do końca. Mnie też zdarza się widzieć przerażające aspekty naszej rzeczywistości, tylko staram się sobie jakoś z tym radzić. Nie wiem jak, ale jakoś mi się to udaje, nawet w ciężkich chwilach. Straciłam ojca, kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką, i od razu musiałam się nauczyć z tym brakiem radzić, co było przecież bardzo trudne.

W swoich wierszach skupiasz się na szczególe, pozornie nic albo niewiele znaczącym, a urastającym u Ciebie do rangi symbolu bycia i mijania, ale nie przemijania, jakby nic się nie kończyło, tylko pozostawało trwałe. Oto filozofia według Beaty Szymańskiej?

Nie, myślę, że jeśli odwoływałabym się do jakiejś filozofii, to raczej do filozofii buddyjskiej, która mówi, że jeżeli chcemy akceptować świat, to musimy go akceptować w tym przemijaniu.

Czasem więc odczuwam przemijanie, i to bardzo boleśnie, jeśli nie jest to tylko przemijanie pór roku, w swoim odradzaniu się i pięknie. Nie twierdzę, że się ze wszystkim godzę bez problemów, może mój optymizm w wierszach jest dla mnie formą ucieczki przed tym.

Na moje postrzeganie świata miała wpływ nie tyle filozofia, ile raczej kierunki religii wschodnich, szczególnie buddyzm zen, który mnie wiele nauczył i którego praktyki poznałam.

Jesteś filozofem z wykształcenia. Czy to ma lub miało wpływ na Twoje postrzeganie świata, sposób jego odczuwania i opisywania?

Sądzę, że nie tyle filozofia, ile raczej kierunki religii wschodnich, szczególnie buddyzm zen, który mnie wiele nauczył i którego praktyki poznałam. Także chiński taoizm był szkołą, którą bardzo się interesowałam, Wschód zaciekawiał mnie od zawsze, a na pewno od ogólniaka. Przedtem nie było tylu książek z tego zakresu co teraz, więc musiałam sama jakoś się douczać.

Chciałaś być polonistką, czemu zrezygnowałaś? Czego Ci w tym zabrakło?

Nie wiem, czy chciałam. Kiedy szłam na studia, interesowałam się też innymi kierunkami, złożyłam papiery na fizykę, ale wycofałam je, gdyż nie przepadam za matematyką. Myślałam o biologii, którą bardzo lubiłam, ale polonistyka kojarzyła mi się z literaturą, wierszami…

Skąd więc filozofia?

To był absolutny przypadek. Na filozofię namówił mnie, jeśli tak można powiedzieć, profesor Wyka. Zaproponował, że poprosi profesora Ingardena, aby mnie przyjął do siebie na studia, sądzę, że wyczuł we mnie to zainteresowanie z dyskusji seminaryjnych. W ten sposób zostałam równolegle studentką filozofii.

Jednak ci wielcy filozofowie w swoich teoriach tylko próbują nam objaśniać świat, i to hipotetycznie, niczego nie tłumaczą.

Starają się tylko uporządkować świat.

Coś Ci się wyjaśniło po tych studiach?

Nie oczekiwałam tego. Wiedziałam, że filozofia niczego mi do końca nie wytłumaczy. Ale wiele się tam nauczyłam. Miałam znakomitych nauczycieli, takich jak profesor Roman Ingarden, profesor Izydora Dąbska.

A filozofia zen, buddyzm, czym Cię wtedy zafrapowały?

Swoim szczególnym podejściem do świata, do przemijania, o czym mówiłyśmy. Pokazywaniem, jak sobie z tym radzić, teorią umysłu i oczyszczania umysłu, medytacją. To mnie bardzo pociągało, także od strony praktycznej, ćwiczenia prowadził młody doktor Władysław Stróżewski.

Jesteś niezwykle otwarta i wyczulona na naturę…

Cóż, jest to świat, w którym żyjemy. Natura, rozumiana jako przyroda, to jest ta Natura prawdziwa. Nie mówimy o naturze sztucznej, stworzonej przez człowieka, choć ucieczka z niej jest już dla nas prawie niemożliwa.

Miłość do natury to jedno, ale żeby hodować w domu dzikie zwierzę, to drugie… A Ty masz żbika…

Koto-żbika. Ale to on mnie wybrał (śmiech). Nie wiem, czy wzięłabym takie zwierzę, gdybym wiedziała, co to jest. Po prostu wyszedł do nas z lasu jako mały, jęczący czarny kociak i tak został. A że potem wyrosło z tego takie ogromne, piękne i ukochane zwierzę, trudno było przewidzieć. Że to mieszaniec żbika, dowiedzieliśmy się później od weterynarzy.

Odczuwasz niezwykłą więź ze swoimi dwoma kotami. Wydałaś o nich tomik wierszy. Może w poprzednim wcieleniu, od którego tak się odżegnujesz, byłaś kotem?

Nie mam poczucia tożsamości z kotami (śmiech). A wręcz mam poczucie, że nie możemy się dogadać. Moje koty bardzo starają się pokazać, co chcą, ale jeśli to nie jest tak proste, jak na przykład prośba o wyjście na balkon, to rysuje się poważna bariera. Może kiedyś nauka doprowadzi do tego, że nauczymy się odczytywać mowę zwierząt…

Czy Twoje koty potrafią się obrazić ? Jeżeli tak, to kiedy i o co? I co wtedy robisz?

Nawet bardzo potrafią się obrazić. Kot wchodzi na szafkę i nie życzy sobie, żeby w ogóle z nim rozmawiać. Przepraszam go, jeśli ma rację, ale jeśli nie, to go ignoruję.

Nie usiłują Ci wejść na głowę? Stosujesz jakąś dyscyplinę?

Usiłują. W przenośni i dosłownie. Na głowę wejść sobie nie życzę. Ale nie rozumiem na przykład, dlaczego kot stale lubi przebywać w fizycznej bliskości z człowiekiem. Wchodzi na kolana, do łóżka. Wieczorem przykazuję mu surowo, że ma spać u siebie, a rano i tak znajduję go przy mnie na poduszce.

Tyle w Tobie empatii i pogody, że starczyłoby nie na jedno, ale na kilka żyć. Masz na to jakąś receptę?

No nie, czasami też się martwię (śmiech), chociaż próbuję wciąż się zachwycać. Oczywiście są rzeczy, na które się z całego serca nie godzę, na przykład, aby malutkie dzieci chorowały i umierały. Nie potrafię się też pogodzić z cierpieniem zwierząt.

Nie do końca akceptujesz zło, które się w świecie dzieje.

Nie. Nie ma we mnie wewnętrznej zgody na sposób, w jaki został stworzony, w jakiej postaci istnieje świat.

Czyli to też Cię zdumiewa, czemu jest tak, a nie inaczej.

Wszystkich to zdumiewa… Pytanie świętego Augustyna nie znalazło do tej pory odpowiedzi…

W swojej książce Między Zachodem a Wschodem, która właśnie się ukazała, piszesz w jednym z rozdziałów, że cierpienie może mieć wydźwięk pozytywny, jeżeli jest na przykład elementem treningu sportowego, choć chodziło tu raczej o sztuki walki. Czy uprawiałaś jakieś sporty?

Próbowałam różnych dyscyplin, zawsze z zapałem i marnymi rezultatami. Może szczytowym moim osiągnięciem było karate, które świetny trener podjął się prowadzić z grupą moich znajomych, podobnie uzdolnionych jak ja. Po jakimś czasie szczerych trudów, aby nas chociaż trochę czegoś nauczyć, zrozpaczony w końcu z nas zrezygnował (śmiech). A tak na poważnie, mistrz zen faktycznie dopiero po wytrwałym treningu i po długim okresie surowej dyscypliny dochodzi do „dostrzeżenia prawdziwej rzeczywistości”. Ponieważ, jak twierdzi mistrz Suzuki, tylko cała seria doświadczeń może doprowadzić go do źródła życia…

Cisza, piękno i pustka jako dopełnienie pełni, do której dąży każdy artysta, jest jednym z najważniejszych przesłań buddyzmu zen. Czy też tak to odczuwasz? Dużo podróżowałaś. Czy możesz wymienić jakieś miejsce, a może widok, który szczególnie zapadł Ci w pamięć?

Oczywiście było ich wiele. Ale może najbardziej poruszył mnie widok Himalajów dostrzeżonych nagle z ogromnej odległości, z niziny Nepalu. Było to tuż przed zachodem słońca i te ośnieżone szczyty jeszcze w pełni światła to było nie tylko spełnienie moich marzeń, ale i niezapomniane przeżycie estetyczne. Cóż, powiem za Nakamurą: „W Japonii niemal każdy jest poetą”. Coś w tym jest, że człowiek, który podziwia dzieło sztuki czy natury, doznaje uspokojenia umysłu, jak podczas medytacji.

A nastroje, melancholia, czyli to, co dzieła twórców czy natury potrafią w nas wywołać? Też przecież reagujesz na aurę, jaką roztacza niezwykły pejzaż, lub choćby tańczące gołębie i zachwycasz się tym.

Każdy z nas w jakiś sposób postrzega świat, nadaje mu określony koloryt, zależnie od swojego nastroju. Jednocześnie świat ma własny koloryt, jak moja ulica, atmosferę, którą emanuje, i to jest rzecz obiektywna. Melancholijna, owszem, jeżeli jest w nas nasza wewnętrzna zgoda na nietrwałość i przemijanie.

Buddyzm zen i jego zgoda na przemijanie… A czy jest coś takiego, o czym możesz powiedzieć, że tego nie zrobiłaś i teraz żałujesz?

O, na pewno byłoby kilka takich rzeczy. Na przykład żałuję, że nie opanowałam – jakże dziś przydatnej – sztuki prowadzenia samochodu, chociaż kiedyś uzyskałam bez trudu prawo jazdy. Do dziś leży w szufladzie, co jakiś czas odnawiane (optymizmu nigdy nie za dużo). Żałuję też, że nie dość się przykładałam do języków obcych, bo chociaż biernie znam ich kilka i mogę w nich swobodnie czytać, to mówię nie najpiękniej. No, ale w końcu chyba każdy ma poczucie, że coś kiedyś należało zrobić lepiej.

Piszesz o dobru i złu, o sensie i bezsensie cierpienia. I czyta się to z zapartym tchem. Talent pisarski nie bierze się z powietrza. Czy w Twojej rodzinie ktoś zajmował się czynnie literaturą?

Tak. Jednym z moich pradziadków był kiedyś dość znany pisarz (i dyrektor teatru we Lwowie) Marian Gawalewicz. Wiersze pisała też jego córka Gustawa (publikowała je pod pseudonimem Gustawa Toporczanka), ale tragiczna śmierć przerwała jej dobrze zapowiadającą się karierę. W całej tej historii przewija się też nazwisko Gabrieli Zapolskiej, ale o tym w naszej rodzinie się nie mówi.

Masz wspaniałą cechę: unikanie oceniania. W buddyzmie to podstawa, w naszej kulturze zaś trudna do zrealizowania… Można to w sobie wykształcić ?

W buddyzmie nawet należy. Wyciszenie pragnień powoduje zaniechanie ocen i vice versa. Cóż, nasze pragnienia nas ograniczają i są przyczyną wszystkich problemów emocjonalnych. Poza tym, to co dla kogoś jest dobre, dla innego może być zagrożeniem, a wręcz złem. W dodatku wszystko jest tak nietrwałe i zmienia się z chwili na chwilę, jutro możemy o czymś czy o kimś wydać zupełnie odmienny sąd… A jak oceniać naturę? Lasy czy jeziora nie są przecież same w sobie ani dobre, ani złe… Niesie nas wszystkich, jak twierdzi Bergson, pęd życiowy – elan vital, czy tego chcemy czy nie, i to jest w naszej rzeczywistości równie pewne, co zdumiewające…

 


Zdjęcie: Krzysztof Lis

Beata Szymańska. Profesor filozofii, tłumaczka i poetka. Absolwentka VII LO w Krakowie oraz studiów polonistycznych i filozoficznych na UJ, kierownik Zakładu Filozofii Wschodu oraz Zakładu Filozofii Kultury UJ. W 2001 roku ukazał się pod jej redakcją podręcznik filozofii Wschodu, obejmujący swym zakresem filozofię Indii, Chin, Tybetu i Japonii. Jako poetka debiutowała cyklem wierszy, w wydanym wspólnie z Mieczysławem Czumą, Wincentem Faberem i Leszkiem Aleksandrem Moczulskim zbiorze poetyckim Próba porównania (1962). Autorka książek o tematyce filozoficznej, m.in. Mistycy i pesymiści, Chiński buddyzm chan, Między Zachodem a Wschodem, oraz zbiorów poezji, m.in. Sny o porządku, Sztychy reńskie, Trzciny, Anioły mojej ulicy (nagroda Krakowska Książka Miesiąca), Słodkich snów, Europo, Złota godzina. Wiceprezes krakowskiego Oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, członek Towarzystwa Filozoficznego oraz Pen Clubu.

 

Wiersze nowe


Złota godzina

Każdemu powinna się zdarzyć

po południu w środku lata:

złota godzina-

plaster miodu

dymiący ciepłem na talerzu dłoni

 

Bezdroża

Między jednym a drugim miastem

pola zboża i kukurydzy.

Płasko, pusto i nic nie wiadomo.

Ale zostaw strach dla wrogów:

bezdrożami można zajść daleko!

A jeżeli nie masz własnej drogi,

bez wahania obierz drogę cudzą.     

 

Burza

O piątej rano była wielka burza.

Zabiła dwie jaskółki

i poszła sobie na południe.

Tyle potęgi

na takie małe prawie-nic?

 

 

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, listopad 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl

Marcin Wilk: W skrócie więc mógłbym powiedzieć, że fenomen Kobiety Pracującej polega na doprowadzonej do perfekcji robocie. Irena Kwiatkowska oddała się jej niemal całkowicie.

Janusz M. Paluch: Pańska książka Kwiatkowska. Żarty się skończyły ma dla mnie sentymentalne znaczenie, wzrastałem bowiem w towarzystwie Ireny Kwiatkowskiej. Począwszy od słynnego radiowego Plastusia… W Pana życiu pani Irena pojawiła się dużo później, a w końcu stała się bohaterką Pańskiej książki. Dlaczego Kwiatkowska?

Marcin Wilk: Ze mną faktycznie było nieco inaczej. Nie pamiętam, by Kwiatkowska towarzyszyła mi w dzieciństwie. W dodatku wcale nie zapadła w mojej pamięci dzięki roli w Czterdziestolatku.

W latach 80. i 90., gdy byłem jeszcze dzieciakiem, mój starszy o dziesięć lat brat podpowiadał, na co warto zwrócić uwagę w telewizji. Bardzo cenił humor Manna i Materny czy żarty spod znaku Monty Pythona. Dzięki niemu obejrzałem wtedy, po kilka zresztą razy, seriale Barei. Nie wszystko chyba rozumiałem, zwłaszcza politycznych aluzji, ale na przykład w Zmiennikachzwróciła moją uwagę mama głównej bohaterki. Występowała w tej roli, jak wiadomo, Irena Kwiatkowska.

Wiele, wiele lat później, w 2015 roku, gdy oddawałem w krakowskim wydawnictwie Znak biografię o Annie Jantar, w redakcji zastanawialiśmy się, o kim kolejnym powinienem napisać. Ku memu zdziwieniu okazało się, że choć Kwiatkowska jest jedną z najpopularniejszych aktorek polskich XX wieku, to wciąż nie ma jej portretu prywatnego. Postanowiłem, że zaryzykuję.

Liczyłem, że praca nad książką zajmie mi 1,5–2 lata. Okazało się, że potrzeba było prawie dwa razy tyle. Nie było to łatwe zadanie.

Kwiatkowska to i Kobieta Pracująca, i Hermenegilda Kociubińska, i mama Pawła (z Wojny domowejJerzego Gruzy), i hrabina Tyłbaczewska z Kabaretu Starszych Panów.

Kwiatkowska i Kraków – a jednak…

Rzeczywiście! Przecież Irena Kwiatkowska kojarzona jest z Warszawą. Tam się urodziła, tam nauczyła się fachu w renomowanym Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej.

Pierwszy okres jej kariery, przedwojenny jeszcze, to lata twórczych poszukiwań. Z odnalezionych i przywoływanych przeze mnie w biografii Kwiatkowska. Żarty się skończyłypamiętników wynika, że nieobce były młodej aktorce zwątpienie i nastroje przygnębienia. Marzyła wtedy także o wielkich rolach dramatycznych. Do wybuchu wojny w 1939 różnie u niej bywało. Grała też kilka sezonów w teatrach poza Warszawą – w Poznaniu i Katowicach.

W Krakowie – jak wielu wtedy artystów – znalazła się w 1945 roku. Zamieniona w gruz i wielkie cmentarzysko stolica na pewno stanowiła przygnębiający widok w porównaniu z cudem ocalałym od większych wojennych zniszczeń miastem.

Kraków zresztą, jak sądzę, musiał się bardzo dobrze Kwiatkowskiej kojarzyć. To tu w drugiej połowie lat 40. rozegrała się najbardziej owocna współpraca z Gałczyńskim, wtedy współpracowała z „Przekrojem”.

Do Krakowa Kwiatkowska potem wiele razy powracała. Kraków umiał doceniać aktorkę. Chyba nie przypadkiem to tutaj, w Teatrze Słowackiego, odbył się jej benefis w 2008 roku.

Na czym polega fenomen „kobiety pracującej” sprawdzającej się w radiowym studio, na scenie teatralnej, kabaretowej, nie wspominając o filmie?

Na ruchu scenicznym. Na osobowości. Na doskonałym spleceniu się z rolą – na tym, że Kwiatkowska to i Kobieta Pracująca, i Hermenegilda Kociubińska, i mama Pawła (z Wojny domowejJerzego Gruzy), i hrabina Tyłbaczewska z Kabaretu Starszych Panów.

Tu warto jednak nadmienić, że miała życie pozasceniczne. I to całkiem bogate. Z mężem, Bolesławem Kielskim – wykształconym jeszcze przed wojną prawnikiem, który ani chwili nie przepracował w zawodzie, za to był fenomenalnym spikerem, erudytą i poliglotą – stanowili jedność. Często bywali w kinie (uwielbiali francuskie komedie!), wiele podróżowali po świecie, stanowili dla siebie oparcie.

A jednak wśród wielu pamiątek zdeponowanych w Instytucie Teatralnym im. Raszewskiego w Warszawie znalazłem jedną, szczególnie wzruszającą. To album, w którym znaleźć można wklejone wycinki z prasy. Dokumentują one pierwsze lata kariery, zwłaszcza powojennej, Kwiatkowskiej. Czyli znowu praca. Ciekawostką jednak jest to, że album przygotował najprawdopodobniej najwierniejszy wielbiciel aktorki, jej mąż Bolesław Kielski.

Udało się Panu odejść od obrazu Kwiatkowskiej – „idolki” scenicznej. Dzięki Panu, poznajemy ją jako zwykłą kobietę, żonę, z wieloma wadami i zaletami. To prawda, że była apodyktyczna, kłótliwa i skąpa i do tego dewotka?

Jak każdy człowiek, nie była świętą.

To prawda, że potrafiła walczyć o swoje zdanie. Bywała nieugięta, potrafiła poprawiać nawet Przyborę czy Młynarskiego, co – przyznajmy – musiało być aktem wielkiej odwagi. Nie chodziło jednak o żadne błahe sprawy, chodziło o melodię tekstu, coś, na czym Kwiatkowska się doskonale znała.

Jej legendarne sknerstwo wynikało z różnych rzeczy. Należy pamiętać przede wszystkim o tym, że Kwiatkowska pochodziła z dość ubogiej rodziny. Poza tym przeżyła wojnę. Charakter oczywiście też zrobił swoje.

Pod koniec życia Kwiatkowska miała czas, w którym regularnie czytała „Nasz Dziennik”, pojawiała się także na łamach tej gazety. Kochano ją tam, chciano ją tam mieć bardzo dla siebie. Pomagała w tym wiara Kwiatkowskiej, w ostatnich latach życia żywsza, głębsza. Z drugiej strony aktorka z podróży do Włoch potrafiła przywieźć plastikowe bibeloty. Nie przywiązywała do nich dużej wagi. Domyślam się, że miały dla niej praktyczny walor – można było nimi tanio obdarować kolegów czy znajomych.

Jaka jest kolejna książka – też biografia?

Reportaż historyczny: Pokój z widokiem. Lato 1939. Przez cały ubiegły rok wertowałem pamiętniki, przeglądałem stare gazety, rozmawiałem ze świadkami pamięci. Chciałem odtworzyć zwyczajność, codzienność, uchwycić w kadrze obrazki ze świata, który za chwilę miał runąć. Ze świadectw różnych ludzi z różnych części przedwojennej Polski – Gdyni, Białegostoku, Wilna, Tarnowa, Wołynia, polskiej wsi itd.– stworzyłem coś w rodzaju mozaiki pamięci.

Książka ukazuje się 80 lat od pamiętnego wystąpienia Becka i – potem – agresji Hitlera na Polskę. W swojej opowieści zatrzymuję się na moment przed 1 września. Bohaterowie Pokoju z widokiem… do końca sierpnia nie mają pojęcia, co ich czeka. Cały czas mają nadzieję na pokój.

 

Marcin Wilk (ur. 1978 r.), dziennikarz, publicysta, krytyk literacki, autor literackiego bloga Wyliczanka. Dotychczas opublikował W biegu… Książka podróżna. Rozmowy z pisarzami (i nie tylko)(2011), Tyle słońca. Anna Jantar. Biografia(2015), Kwiatkowska. Żarty się skończyły(2019). Za ostatnią książkę uhonorowany został w maju nagrodą Krakowska Książka Miesiąca.

Zdjęcie: Krzysztof Lis

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, sierpień 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl

Alicjo z Krainy Czarów

 

Alicjo z Krainy Czarów

Nie bój się świata i ludzi

W śnie pełnym cieni i dziwów

Gdzie mali nazbyt są duzi

 

W czasoprzestrzeni dziwnej

Dwoisz się troisz i rośniesz

Surowo oceniasz siebie

Pytasz –  kiedy dorosnę?

 

Lękasz się tej mikstury

– Co po wypiciu się stanie?

Rozpękasz w tysiące drobin

W myśli nieposkładane

 

A każda z nich tętni czuciem

Łaknie muzyki i światła

Każda miliony ma oczu

I w samej sobie się gmatwa

 

Alicjo z Krainy Czarów

Jam twoje w lustrze odbicie

Niewiele ci mogę pomóc

Tak samo wadzę się z życiem

 

Biegnę bez ładu i składu

Na pęd szalony się godzę

Zmęczona sobą tak bardzo

Umieram w bólach się rodzę

 

Na świat pełen gniewu i oszczerstw

Lekarstwa nie znajdziesz, mała

Dopóki chorego serca

Czułością nie dotkniesz sama

 

Jak to się robi – nie wiem...

Może odpowiedź za rogiem?

Może gdzieś w świętych księgach?

Gdzieś poza czasem i Bogiem?

 

Alicjo z Krainy Czarów

Przesyłam ci pozdrowienie

Może tym cichym gestem

Niewiele zdziałam czy zmienię

 

Lecz nie wstydź się płakać, kochana

Gdy spojrzysz wreszcie w me oczy

Z miłości utkane, światła

Z przedziwnej, czystej dobroci

 

Pamiętaj, proszę, że jestem

Kocham cię całą, jak leci

A każdy twój kawałeczek

Puszcza zajączki i świeci

 

 

nie | tak | ty

 

nie chcę więcej twoich słów

ciszy ciszy ciszy łaknę

sunie poprzez wersów dukt

tęskny nietaktowny apel

 

czemu ciszy boisz się?

czemu wciąż o ciszy gadasz?

a gdy ciszą jestem ja

słów ulewą odpowiadasz

 

prosisz – ciszą przemów dziś

nie mąć ciszy głosem żadnem 

dosyć już wytartych fraz –

ciszy ciszy ciszy pragniesz

 

a ja ciszy lękam się

patrz o ciszy ciągle gadam

i gdy ciszą jesteś ty

znów litery marne składam

 

cudem ciszo nakarm nas

odpowiedzi na wołanie

zanim niewymowny głód 

głuchym się milczeniem

stanie

 

 

Słabość

 

Dziś mi jakoś ciężko

dziś mi jakoś źle

Zwijam się w kłębuszek

w sobie kulę się

Oczy wypłakuję

Już kolejny raz

Ile takich nocy

Da mi jeszcze świat?

 

Świat – ten mój maleńki

Bliscy, Kraków, ty

Niepotrzebne nerwy

Niepotrzebne łzy

Świat – ten obcy, wielki

Co go z gazet znam

Wojny, głód, niedola

Co z tym zrobić mam?

 

Co jest najważniejsze?

Zapytałeś mnie

Prawda! Tylko Prawda! –

Uśmiechnęłam się

Często sama nie wiem

Czym ta Prawda jest

Ale chcę jej szukać

Chociaż nie wiem gdzie

 

Wciąż się uczę siebie

Mało siebie znam

Wciąż za dużo mówię

Słabą wolę mam

Bywam wciąż jak dziecko

Mimo biegu lat

Jeszcze wciąż się mylę

Kto wróg, a kto brat

 

I na tyle głupot

tracę cenny czas

I na tyle zwątpień

Wciąż narażam nas

Przyjmij moją słabość

Choć tak smuci cię

Przytul mnie i kochaj

Kochaj całą mnie

 

 

Wierzba

 

A cóż to a cóż to z tobą dziś się dzieje?

Czemu nagle czemu tak dziwnie truchlejesz?

Nie bój się mnie nie bój, ja wciąż taka sama

Nic się nie zmieniłam, dana ci ja dana

 

A ty na mnie patrzysz dziwne robisz oczy

Może zbrzydłam nieco? Przyjdź po ciemku w nocy

Możem nie tak śliczna możem nie tak ładna

Jak gdy ci najpierwsze pocałunki kradłam

 

Kradłam ci je kradłam oj moje kochanie

Bezwstydnie łamałam siódme przykazanie

Nie minęła chwila straszna przyszła kara

Pod zieloną wierzba samotna zostałam!                   

 

Długo oj jak długo na ciebie czekałam

Pod zieloną wierzbą stałam wyglądałam

Wierzbę małą wierzbę podlewałam łzami

Wierzba wielkie drzewo, czekałam latami!

 

A okrutni ludzie tak się ze mnie śmiali

Gdy co roku większą wierzbę oglądali

A ja stałam niema nawet mnie wiem sama

Kiedym do tej wierzby podobna się stała:

 

Bruzdy na mej twarzy wyrzeźbione łzami

Nogi w ziemię wrosły tańczą z korzeniami

Czekam ja na ciebie płaczą ze mną drzewa

A ciebie mój miły, a ciebie wciąż nie ma!

 

Aż przyszedłeś w końcu w lato szarzejące

Usiadłeś przy wierzbie na tej naszej łące

Miałaś na mnie czekać! Zawyłeś wprost w niebo!

A ja stałam obok

A mnie serce pękło

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, lipiec 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl



ADAM ZIEMIANIN: „Poezja spływa na mnie w dwójnasób: z góry (z wyżyn niebieskich) i z gór, z zielonych wyżyn, które mnie tak urzekają. Nie wyobrażam sobie życia bez gór… Nawet w trudnych czasach byłem wewnętrznie wolny! Bo tylko wolność i miłość jest przepustką do Poezji.

Elżbieta Wojnarowska: Muszyna okazała się miejscem wyjątkowym dla poezji, urzekła wielu poetów… Jak ważna jest dla Ciebie?

Adam Ziemianin: Bardzo ważna. Tam wszystko się zaczęło. Dzieciństwo, świat do którego wracam. Zachwyty nad słowem, nad obrazem. Pierwsze chodzenie po omacku wokół poezji. Chodziłem tam swoimi drogami. Tam jest do dzisiaj mój dom rodzinny. Urzekło mnie, że o Muszynie pisał Jan Kochanowski. Że przyjeżdżał Harasymowicz, później już z grupą „Muszyna”. Tamta poezja była dla mnie odkryciem. Zaskakującym dlatego, że to nie były wiersze, jakie znajdowałem w podręczniku szkolnym. Tylko oparte na świetnej wyobraźni, na estymie dla słowa. I często bez rymu. Wtedy właśnie sam zacząłem zapisywać swoje myśli, a raczej przemyślenia. 

Czyli Muszyna to był Twój matecznik?

Matecznik jako Kraina Poezji i Dobrych Ludzi. No i to, że tam udało mi się odnaleźć przekonanie, wręcz odkryć, że świat jest niezwykły w swej finezji. Na swój sposób wolny. Świat pełen możliwości, ucieczki w przyrodę. Świat Natury.

Kapliczki, łemkowszczyzna, makatki, tematy, które wcześniej nie traktowano poważnie w poezji…

Tematy te były wcześniej całkiem pominięte. Kapliczki, Madonny, łemkowszczyznę odkrył Harasymowicz, nie tylko dla mnie. Białoszewski też lokował w nich swoje olśnienia i wielu innych poetów nie tylko z grupy „Muszyna”. To było otwarcie na świat tajemniczy, zagadkowy, a nieodkryty. Natomiast jeśli chodzi o makatki, mogę się uważać trochę za ich odkrywcę dla poezji. Widziałem w okolicznych domach, nie tylko muszyńskich, te makatki, koślawe, naiwne, nieporadne, czasem prymitywne. Ale miałem do nich słabość. Kiedy zjechałem na stałe do Krakowa, zrozumiałem, że tęsknota do tamtego świata makatkowego może zwyżkować połączeniem go z poezją. Mimo że makatki ocierały się o kicz, starałem się podnieść je na „wyższą półkę” do rangi poetyckiej, wydobywając zawarte w nich myśli, czasem z przekąsem czy przymrużeniem oka. 

Ty też nie od razu odnalazłeś w sobie poezję… Kiedy to się stało?

Jako młody człowiek nie potrafiłem do końca odnaleźć się w małym miasteczku. Uciekałem więc w swój świat. Prowadziłem już wtedy swoje zapiski, do szuflady. Ta szuflada powoli się napełniała. A zapiski z czasem rozrastały się do wierszy. Dopiero w Krakowie zorientowałem się, że to jest to, co chcę robić na poważnie, a może i na stałe. Wysłałem kilka wierszy do „Życia Literackiego” i z nich jeden wybrano do druku (śmiech)…

Uczucia, emocjonalność są głównie czynnikami sprawczymi Twoich wierszy… Dlaczego?

Dla mnie w poezji najbardziej liczą się emocje! To właśnie szczególnie cenię sobie w poezji. Nie chciałbym, aby to zabrzmiało opacznie, ale mniejszy nacisk kładę na rozważania czysto intelektualne, a bardziej na to, co płynie z duszy i serca.

Muzyka jest zawarta w zapisanych przez Ciebie słowach, podobno tylko trzeba ją usłyszeć…

Wtedy, na początku, jeszcze tego nie wiedziałem. Pisanie było dla mnie czymś naturalnym. Pisząc, nie zdawałem sobie sprawy, że to w ogóle można zaśpiewać. Dopiero jeden z kompozytorów uzmysłowił mi, że wiersz zaśpiewany równie dobrze brzmi, a nawet mocniej trafia do słuchaczy niż słowo – li tylko – czytane. Ba! To mnie utwierdziło w przekonaniu, że moje wiersze mogą mieć dzięki temu szerszy odbiór. A jeśli jeszcze miało się trochę szczęścia, że śpiewały je Wolna Grupa Bukowina czy Stare Dobre Małżeństwo, to owe spectrum znacznie się powiększało. I efekt był naprawdę znakomity. 

Kochasz góry. Bieszczadzkie anioły niczym anioły Chagalla w malarstwie patronują Twojemu pisaniu…

Góry są moim sztandarowym tematem i wciąż coś w nich odkrywam. Lubiłem chodzić po górach i całe dnie być z nimi i wśród nich. Rozmawiałem wtedy z Naturą. Szczęście nie do opisania.

Byłeś dobrym piechurem?

Owszem. Z tym, że nie preferowałem wysokich gór. Nie wspinałem się po skałach. Nagie szczyty mnie nie kusiły, a bardziej takie zalesione góry, połoniny, hale, łąki. Zielone, aż po horyzont, łagodne wzniesienia. Gdzie wzrok leci daleko, nie zatrzymuje się. Tam poezja spływa na mnie w dwójnasób: z góry (z wyżyn niebieskich) i z gór, z zielonych wyżyn, które mnie tak urzekają. Nie wyobrażam sobie życia bez gór…

Twoje przyjaźnie z Wojtkiem Bellonem i Krzysztofem Myszkowskim okazały się owocne twórczo…

Poza wszystkim zaowocowały wieloma płytami, koncertami, trasami. Nigdy bym nie przypuszczał, że dzięki temu odwiedzę parokrotnie Stany Zjednoczone i inne kraje. Nie mówiąc o tym, że „poetycko” zjechałem całą Polskę, czytając wiersze na koncertach. Nie wiedziałem, jak publiczność je przyjmie, ale słuchali wyśmienicie, co mnie radowało. Miłość do przyrody, do krajobrazów, do ludzi, do życia w całej jego skomplikowanej pełni, są głównymi tematami Twoich wierszy.

To rodziło się samo, nigdy nie pisałem według jakiegoś założenia czy sztywnie narzucanych planów. Wciąż byłem na etapie odkrywania drugiego człowieka, to od niego przejmowałem empatię, dobrą energię. Oni dawali mi swoje opowieści, a ja im to, co potrafiłem czynić najlepiej, czyli wiersze. W ten sposób rodził się wspaniały dialog, artystyczny, metaforyczny.

Smaki, kolory, zachwyty nad zmysłowością… Biesiadność… To też tematy Twoich wierszy czy także Twój sposób na życie?

Oczywiście. Jestem z krwi i kości. We mnie są dwa bieguny. Jak dwa skrzydła anioła. Jedno, takie zabawowe, skore do groteski, a drugie gdzieś unoszące się na fali odlotu, świata prawie nierealnego. Jak się bawię, to się bawię, gustuję w dobrych daniach, napitkach, a jednocześnie ujmuję to w wierszach, gdzie się to wszystko łączy w całość. Bo na tym polega życie i sztuka. Specyficzny i niepodważalny mariaż…

Widziałeś świat także z góry, z lotu szybowca, wolisz tamten widok od widoku z pozycji wędrowca? Tu mamy też Twoją dwubiegunowość oglądu świata…

One nakładają się na siebie. Ale masz rację. Kiedy pierwszy raz spojrzałem na świat z lotu ptaka i zorientowałem się, że to ja i tylko ja pilotuję ten szybowiec i ode mnie wszystko zależy, to zgłupiałem ze szczęścia. Mało tego, o mało z tego wrażenia nie wpadłem w korkociąg. Tak zamyśliłem się nad pięknem, które wtedy z wysokości ujrzałem. Na szczęście jakoś udało mi się opanować i emocje i mój szybowiec. Ale lubię też świat oglądany z pozycji piechura. Świat z góry czy z dołu zniewala mnie. Czuję wtedy momenty epifanii. Szczęścia. Gdzieś w głębi dziękuję, że udało mi się to wszystko zobaczyć. To są przeżycia strzeliste, metafizyczne…

Patrzysz czasem w gwiazdy bez żalu, myśląc o utracie żony Marii? Nie masz pretensji do Losu?

Czasem mi ciężko i smutno. I nie umiem sobie radzić. W Krakowie gwiazd nie widuję. Więc te wzloty i tęsknoty to tylko w górach. Czasem gdzieś słowik w Muszynie… I sierpniowe spadające gwiazdy, dające pociechę i nadzieję.

Humor, sarkazm, ciepło, autoironia, tyle ich wciąż w Twoich wierszach. Skąd czerpiesz na to siły? Nie patrzysz w niebo przez cały czas…

Takie podejście do życia wyssałem z mlekiem matki. Ona miała też duże poczucie humoru. I swój świat poezji. Jest jakaś siła we mnie, której nie umiem nazwać, ale zawsze podnosiłem się szybko ze wszystkich upadków.

Co jeszcze dodaje Ci chęci do pisania? Prócz gór, o czym już wspominaliśmy.

Na pewno ciekawość drugiego człowieka. Rozmowy. Choć rzadziej sam mówię, raczej słucham. Ale też podróże, nawet spotkania towarzyskie, ogniska. Zauważyłem, że wyłapuję w ludziach rzeczy i zjawiska, których być może w nich nie ma albo oni nie wiedzą, że je posiadają. I pisząc o nich, niejako podnoszę je do rangi poezji…

Podobno Ziemianina powinno podawać się jak lekarstwo, na wszystkie zgagi nieznośnego bytu, zgadzasz się z tym?

O, ktoś to dobrze powiedział! (śmiech) Generalnie zgadzam się z tym stwierdzeniem, tylko trzeba mnie umiejętnie dawkować jak każde skuteczne lekarstwo... (śmiech) 

Jak podsumowałbyś swoje życie i twórczość? 

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, jak to ująć w jakąś klamrę.. Może na to jeszcze za wcześnie ? Wiem, że w sumie, żyłem i żyję, jak chciałem. Jak sobie założyłem i nadal to realizuję. Nawet w trudnych czasach byłem wewnętrznie wolny! Bo tylko wolność i miłość jest przepustką do Poezji…

 

Adam Ziemianin (ur. 12 maja 1948 w Muszynie) dziennikarz, poeta i autor tekstów. Ukończył Studium Nauczycielskie, studiował filologię polską na UJ, ale studiów nie ukończył. Był dziennikarzem pisma „Kolejarz”, następnie „Echa Krakowa”, „Gazety Krakowskiej”. Znany jest jako autor tekstów do piosenek śpiewanych przez m.in. „Stare Dobre Małżeństwo” i Krzysztofa Myszkowskiego, a także przez Elżbietę Adamiak, Jacka Wójcickiego, Wolną Grupę Bukowinę, Rafała Nosala. Jego poezję rozpropagowały przede wszystkim liryczne utwory skomponowane i śpiewane przez Krzysztofa Myszkowskiego (Stare Dobre Małżeństwo).

Debiutował w 1968 na łamach „Życia Literackiego”, w 1975 roku wydał pierwszy tomik poetycki. Od tego czasu ma w dorobku blisko 30 zbiorów poezji, jego wiersze były tłumaczone m.in. na język angielski, niemiecki, rosyjski, włoski. W 2013 roku za wspomnieniową powieść Z nogi na nogę otrzymał nagrodę Krakowska Książka Miesiąca, a w 2017 roku za tom poezji Zakamarki został nominowany do Orfeusza – Nagrody Poetyckiej im. K.I. Gałczyńskiego.

 

 

Elżbieta Wojnarowska – z wykształcenia jest przyrodnikiem i... scenarzystką. Ale również pieśniarką i aktorką (m.in. należała do zespołu Teatru STU), autorką powieści, baśni dla dzieci, sztuk teatralnych i scenariuszy. W końcu – a może przede wszystkim – poetką.

 

 

Zdjęcie: Grzegorz Kozakiewicz

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, maj 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl



Jest ciepły, wrześniowy poranek 1942 roku. Wychudzony, niewysoki brunet z delikatnym wąsikiem, 23-letni Marek Edelman, członek Żydowskiej Organizacji Bojowej, podziemnej organizacji oporu w getcie warszawskim, a formalnie goniec szpitala dziecięcego Bersonów i Baumanów, wbiega do budynku lecznicy. Adina Blady, zwana Inką, mawia o nim, że jest – jak i ona – pełen młodzieńczej pustoty. Tyle że od kilku tygodni ta pustota zniknęła. Od 22 lipca, każdego dnia od ósmej rano, trwa w getcie przeszukiwanie kamienicy za kamienicą i wyłapywanie Żydów. To tak zwana wielka akcja wysiedleńcza. Strach. Bezsilność. Łzy, których już brakuje. 

Umschlagplatz. Czyli plac przeładunkowy. Codziennie trafia tu ponad 15 tysięcy ludzi. Tyle, ile pomieszczą wagony podstawiane na rampę kolejową. Są wywożeni do Treblinki, gdzie natychmiast giną w komorach gazowych.

STYCZNIOWY NUMER JUŻ W SPRZEDAŻY!


Okiem Beresia:
Szef i Jego książki

 

Z najwyższej półki: Miasto książki
- Krzysztof Burnetko

Pasy pany: Felieton na ostatnią stronę
- Jerzy Pilch

Na czerwonym świetle