Danuta Nabel-Bochenek i Kazimierz Łaskawski obok swego dzieła, fot. 1969, archiwum „Dziennika Polskiego”

Kto i gdzie postawił pierwszy pomnik amerykańskim zdobywcom Księżyca? Para artystów rzeźbiarzy w krakowskich Bronowicach. Tyle że było to w apogeum PRL i rządów Gomułki. 

W latach 60. XX wieku trwał niemający precedensu wyścig między USA i ZSRR o pierwszeństwo w podbijaniu kosmosu. Odnosiło się być może złudne wrażenie, że chodzi o postęp ludzkości i gdzieś daleko w tle pozostawały nastroje zimnowojenne, narzucające podział ówczesnego świata. Kiedy wiosną 1967 roku, w krótkim czasie doszło do tragicznych wypadków statków Apollo 1 i Sojuz 1, cały świat okrył się żałobą. Radzieccy kosmonauci słali do USA depesze kondolencyjne, a amerykańscy astronauci podkreślali, że pilot Sojuza Władimir Komarow był tak naprawdę jednym z nich.

Nie zakłóciło to trwających od kilku lat przygotowań do misji podboju Księżyca i ostatecznie – 16 lipca 1969 roku – statek Apollo 11 wzbił się z przylądka Canaveral na Florydzie. Jedyny jeszcze, choć układany w miarę przyzwoicie kanał TVP, zaplanował na 20 lipca, na godzinę 21.00 program o locie amerykańskich astronautów opatrzony tytułem Statek Apollo ląduje na Księżycu. Dla wytrwałych o 3.00 nad ranem – już w poniedziałek 21 lipca – zaplanowano bezpośrednią transmisję z lądowania.


Poranna wiadomość

W ten sam poniedziałek „Gazeta Krakowska” – wówczas oficjalny organ PZPR – przyniosła na pierwszej stronie tekst Pierwsi ludzie na Srebrnym Globie, sklecony naprędce na podstawie depeszy PAP. Najważniejsze było, by przypadkiem nie podać, że ci „ludzie” to Amerykanie. Nieoczekiwanie to samo wydanie przyniosło jeszcze jedną, równie intrygującą informację. Była to niewielka wzmianka na ostatniej stronie gazety, gdzie zwykle opisywano wydarzenia lokalne:

„Z ogromnym entuzjazmem i wysiłkiem twórczym powstał na stadionie KS »Bronowianka« 6 m wysokości pomnik ku czci pierwszego człowieka na Srebrnym Globie. Monument został wzniesiony z okazji 25-lecia Polski Ludowej. Całość zaprojektowała Danuta Nabel-Bochenkowa i wykonała wspólnie z Kazimierzem Łaskawskim”.

Notatkę sporządziła Henryka Rosiek, wtedy na dziennikarskim stażu w „GK”. „Kiedy w niedzielę 20 lipca pełniłam redakcyjny dyżur, odwiedziła mnie sympatyczna pani. Jak się okazało, była artystką i przyszła z informacją o odsłonięciu pomnika, który stanął w przeddzień święta 22 lipca, na stadionie klubu Bronowianka, a dedykowany został zdobywcom kosmosu” – wspomina po latach.

O ile sam tytuł wzmianki – Pomnik na część pierwszego człowieka na Księżycu – był jednoznaczny w swej wymowie, to już jej dalszy ciąg musiał wywoływać jednak pewien dysonans poznawczy. Bardziej wnikliwi czytelnicy partyjnego organu musieli zapewne się głowić, co też wspólnego mogło mieć zdobycie Księżyca z 25-leciem Polski Ludowej?

Tu wyjaśnienie: było to w przeddzień najważniejszego święta PRL, obchodzonego 22 lipca na pamiątkę ogłoszenia manifestu przez urzędujący w 1944 roku w Lublinie komunistyczny PKWN. A zatem do naturalnego rozprzężenia, jakie przychodziło zwykle wraz z wakacjami i sezonem ogórkowym, doszło jeszcze święto państwowe. Nic dziwnego, że w redakcji „Gazety Krakowskiej” dziennikarzy było jak na lekarstwo.

 

Typowy „michałek”...

„Choć upłynęło już pół wieku, doskonale pamiętam tamte dni” – wspomina Halina Zawrzykraj, wtedy kierownik działu miejskiego „GK”. „W redakcji zostaliśmy we dwójkę, z Jurkiem Bittnerem. Większość kolegów wraz z redaktorem naczelnym Tadeuszem Czubałą wyjechała do Brzączowic nad Rabą, gdzie mieliśmy ośrodek rekreacyjny z domkami kempingowymi. Informację o odsłonięciu pomnika przyjęłam z entuzjazmem i w ogóle nie myślałam wtedy o polityce. Ta notatka miała być, nawiasem mówiąc, bardziej okazała, ale źle wyliczyłam ilość miejsca na szpalcie i wyszedł taki typowy »michałek« (tak nazywaliśmy niewielkie informacje).

Podobno zaczęło się od telefonu z gabinetu prezydenta Richarda Nixona do Władysława Gomułki z podziękowaniami za tak piękny gest ponad podziałami. Musiało to mocno zaskoczyć Gomułkę, ale zaskoczenie szybko przerodziło się we wściekłość. Sięgnął po telefon i zrugał Czesława Domagałę, I sekretarza KK PZPR. Miał podobno wykrzyczeć: „Co wy tam, towarzyszu, wyrabiacie w tym Krakowie? Pomnika Gagarina nie macie, a stawiacie figurę amerykańskiego kosmonauty?!”.

Ten wtręt o 25-leciu Polski Ludowej, choć dziś wydaje się groteskowy i brzmi jak zamierzona kpina, nie budził wtedy większych wątpliwości. Już od miesięcy propaganda partyjna mocno i przy każdej dosłownie okazji nagłaśniała nadchodzącą rocznicę i można było ją śmiało eksploatować na różnych polach. Czytelnicy raczej też zdążyli się do tego przyzwyczaić, bo jakie mieli wyjście, skoro wszyscy żyliśmy w takiej pokręconej rzeczywistości. Notatkę musiał jeszcze zaakceptować do druku zastępca sekretarza redakcji Jerzy Bittner”.

 

Geneza i znani sprawcy  

Klub sportowy Bronowianka, choć szczycił się przedwojenną historią, nie należał nigdy do potentatów. Jego największym sukcesem był awans piłkarzy do III ligi, w 1957 roku. Siedziba klubu mieściła się – jak dziś – przy ul. Zarzecze, ale dostać się tam w 1969 roku było o wiele trudniej. Autobus linii 126 kursował ulicami Dzierżyńskiego (dziś Lea) i Zarzecze tylko do ul. Drzymały i trzeba było dojść kilkaset metrów. Budowę czteropasmowej arterii nazwanej na cześć marszałka Koniewa (dziś Armii Krajowej) rozpoczęto dopiero w 1973 roku. Jednym słowem – peryferie.

Kiedy w pseudopatriotycznym uniesieniu szkoły, zakłady pracy i różnorodne organizacje deliberowały, jakby tu uczcić 25-lecie PRL-u, problem nie ominął też Bronowianki. Wiosną 1969 roku na zebraniu zarządu klubu ktoś zaproponował: „Może zbudujmy pomnik jakiegoś sportowca?!”. Traf chciał, że w zarządzie zasiadał plastyk Kazimierz Łaskawski, który pomysł podchwycił i obiecał zająć się wykonaniem rzeźby.

Łaskawski pracował w warsztatach dekoracji teatralnych przy ul. Rajskiej 12 (dziś stoi tam Małopolski Ogród Sztuki), a od niedawna mieszkał w sąsiedztwie klubu. W niewielkim domu przy ul. Na Błonie 31b wynajął na piętrze pokój z kuchnią, gdzie sprowadził się wraz z przyjaciółką Danutą Nabel-Bochenek. On był wybitnie uzdolnionym samoukiem, obok malarstwa i rzeźby parał się też ceramiką i witrażami. Ona, znana w krakowskich kręgach artystycznych, przez pewien czas związana z teatrem Cricot 2 Tadeusza Kantora, współtworzyła scenografię i kostiumy, sporo malowała. Studiowała na ASP, ale studiów nie ukończyła. Pozostawali w nieformalnym związku.

Czasu nie było zbyt wiele i kiedy wspólnie opracowali szkic pomnika, Łaskawski zabrał się do dzieła. Prace wykonywane w budynku klubu szły dość opornie. Szkielet pomnika wykonany ze stali zbrojeniowej, należało obłożyć betonową zaprawą, ale ponieważ nie był to wdzięczny materiał rzeźbiarski, beton wskutek naprężeń kilkakrotnie pękał i trzeba było kleić od nowa. Mimo to w połowie lipca monument był gotowy.

Odsłonięcie odbyło się w przeddzień lipcowego święta, z udziałem grupy osób związanych z klubem i przypominało raczej plenerowy wernisaż. Symbolicznego gestu dokonał pełniący od niedawna funkcję prezesa Bronowianki, niespełna 27-letni Mieczysław Stachura: „Aby tradycji stało się zadość, zakryliśmy figurę płachtą, ale wynikł kłopot, bo zaczepiła się i musiałem użyć grabi – wspomina. – Zbieg okoliczności związany z lądowaniem na Księżycu sprawił, że w ostatniej chwili artyści wyryli na cokole pamiętną datę”.

Sam pomnik był dziełem oryginalnym, a lekka, nowoczesna forma sytuowała go nurcie postmodernistycznym. Odchylona sylwetka ze złożonymi ku górze rękoma zdawała się wzlatywać w przestrzeń, a półkolisty cokół na kwadratowej podstawie symbolizował kulę ziemską.

Konstanty Węgrzyn, dziś antykwariusz, wtedy zastępca przewodniczącego RD Zwierzyniec, wspomina: „Mieliśmy jako Dzielnica rozległe kompetencje, ale Bronowianka była w tej akurat decyzji autonomiczna. Pozwolenie na budowę było zbędne, bo rzeźba stanęła na terenie klubu jako element ozdobny”.

 

Reperkusje i represje

Sekwencja wydarzeń po 22 lipca 1969 roku nie była łatwa do odtworzenia nawet wtedy, dziś jest to tym bardziej niemożliwe. Pewne światło na tę zagadkową historię rzuciły dopiero odtajnione w latach 2006–2007 akta SB.

Po latach okazało się, że Danuta Nabel-Bochenek wysłała list gratulacyjny do ambasadora USA, informując przy okazji, że jest ona inicjatorem budowy pomnika ku czci kosmonautów amerykańskich, jaki został wzniesiony w Krakowie. Załączyła też jego zdjęcie. Korespondencję tę przechwycił agent kontrwywiadu i przekazał sprawę MSW.

Ambasador – był nim od roku Walter J. Stoessel – zachował się standardowo, powiadamiając centralę. Równocześnie skromną notatkę z „GK” przedrukował „New York Times” i kilka zachodnioeuropejskich dzienników.

Podobno zaczęło się od telefonu z gabinetu prezydenta Richarda Nixona do Władysława Gomułki z podziękowaniami za tak piękny gest ponad podziałami. Musiało to mocno zaskoczyć Gomułkę, ale zaskoczenie szybko przerodziło się we wściekłość. Sięgnął po telefon i zrugał Czesława Domagałę I sekretarza KK PZPR. Miał podobno wykrzyczeć: „Co wy tam, towarzyszu, wyrabiacie w tym Krakowie? Pomnika Gagarina nie macie, a stawiacie figurę amerykańskiego kosmonauty?!”. W dodatku – jak na złość – 23 lipca na lotnisku w Balicach wylądował samolot z delegacją Komitetu Kobiet Radzieckich na czele z Walentyną Tierieszkową, pierwszą kobietą w kosmosie. A tu taki despekt!

Dalej wypadki potoczyły się szybko. „Domagała wezwał naczelnego „GK” i podobno zażądał: Albo ty, albo ktoś z kierownictwa redakcji!” – wspomina Zawrzykraj. Naczelny wybrał mnie, sekretarza redakcji Leszka Marcinika i jego zastępcę Jurka Bittnera”.

Halina Zawrzykraj za dopuszczenie do druku informacji o pomniku otrzymała z KW PZPR zakaz pracy w prasie krakowskiej. „Poszłam pracować do telewizji. Na etacie stolarza, ale z obowiązkami dziennikarskimi. Bittner znalazł pracę w Krakowskich Zakładach Graficznych. Cenzor dostał tylko naganę, co wzbudziło powszechne zdziwienie”.

Autorkę notatki red. Rosiek przeniesiono do korekty. „Jakoś mi się upiekło. Uznano, że jestem młoda głupia i słabo wyrobiona politycznie. Nie czułam się ofiarą ani wtedy, ani teraz. Z gazety odeszłam później, ale z przyczyn osobistych”.

Autorzy pomnika byli mocno wystraszeni i zaskoczeni aferą, którą w końcu sami wywołali. Na przesłuchaniach esbecy dopytywali o inspiratorów, nie dowierzając, że artyści wykonali pracę spontanicznie i w dodatku za darmo. Nie doszukali się jednak prowokacji. Także komisja powołana przez KD PZPR Zwierzyniec nie stwierdziła, „aby inicjatywa budowy pomnika wypłynęła z określonego wyrachowania politycznego”.

Jeżeli było to wyrachowanie, to miało zupełnie inne podłoże. Artyści wierzyli, że pomnik może odmienić ich dotychczasowe życie, że pojawią się nagrody, a wraz z nimi intratne zamówienia. Znajomi uznali, że pomysł wyszedł od Danuty, bo to ona była siłą napędową tego związku. Ją jednak trudno było ukarać, bo nie była nigdzie zatrudniona. Tymczasem Łaskawski pełnił w Starym Teatrze funkcję sekretarza partii i wezwano go do złożenia wyjaśnień w KW PZPR. Musiał odejść z dekoratorni Starego Teatru, na mniej płatny etat do Teatru Ludowego w Nowej Hucie.

W następnej kolejności SB zajęło się prezesem Bronowianki Mieczysławem Stachurą. „Nękali pytaniami o inspiratorów, o wynagrodzenie artystów. Kiedy usiłowali wytoczyć sprawę gospodarczą o nadużycia, wyjaśniłem, że materiały na pomnik dało Krakowskie Przedsiębiorstwo Budownictwa Przemysłowego, opiekujące się wówczas klubem. Prezesem pozostałem, ale musiałem odejść z AGH i przepadł mój doktorat”.

 

Ostatni kolorowy ślad i rozbiórka  

Dość nieoczekiwanie w historię pomnika wpisał się prof. Marek Mietelski, pianista i pedagog. To on wykonał około 20 września 1969 roku jego jedyne kolorowe ujęcie. Oto jego opowieść:

„Przyjaźniliśmy się z żoną z rodziną Benoist z Utrechtu i często korespondowaliśmy. List od nich z lipca 1969 roku, napisany w entuzjastycznym tonie, zawierał wycinek ze znanego wówczas dziennika holenderskiego »Nieuwe Rotterdamse Courant« ze zdjęciem pomnika z Bronowianki i wiadomością o jego odsłonięciu. Prawie połowa jego treści poświęcona była zagadnieniom związanym ze stawianiem pomników w Holandii i dlaczego cykl od projektu do sfinalizowania musi tam trwać minimum 12, a maksimum 24 lata. A tu, w kraju za żelazną kurtyną odsłonięty został w tym samym dniu! Nie do wiary!

Postanowiłem zrobić holenderskim przyjaciołom niespodziankę i przesłać im kolorowe przeźrocze pomnika. Udałem się na stadion, mijając po drodze dom, w którym mieszkali Danuta Nabel-Bochenek i Kazimierz Łaskawski (oboje znałem z widzenia). W ogródku przed domem fantazyjne zwierzęta wykonane chyba z gipsu, smukłe, w białym kolorze, głównie małpki uczepione do drzewek owocowych lub do słupa telegraficznego. Brama na stadion była otwarta. Atmosfera sielska, ani żywej duszy. Zdaje się, gdzieś w oddali na stadionie pasły się dwie krowy. Zrobiłem dwa przeźrocza – jedno dla Benoist, drugie dla siebie. Wysłałem je w liście, mocując przylepcem do papieru listowego. Cenzura to przeoczyła”.

To były ostatnie chwile pomnika, jednak wyraźnie zwlekano z jego usunięciem. W końcu dowiedział się o nim sam Nixon i nie było to fortunne politycznie. Szukano rozwiązań i zaproponowano nawet, aby pomnik usunęli sami artyści. Ci, rzecz jasna, nie zgodzili się.

Zbigniew Regucki, późniejszy naczelny „GK”, wspomina: „Zapamiętałem, jak mój ówczesny zwierzchnik, I sekretarz KD PZPR Wacław Pituła, narzekał, że Domagała obarczył go zadaniem usunięcia pomnika. Bardzo mu to doskwierało”. Nikt z uczestników wydarzeń nie zapamiętał daty rozbiórki, ale odbyło się to zapewne w październiku 1969 roku. Ekipą kierował Józef Woszczyna, szef Dzielnicowego Komitetu Czynów Społecznych. „Wyciągali go dwoma starami. Mówiono, że wróci w spiżowej postaci, ale nikt się nie łudził. W czasie demontażu trudno było oddzielić go od cokołu, aż wreszcie złamał się. Wrzucili na jelcza i pojechali w kierunku ul. Balickiej” – zapamiętał Stachura.

Dla pary artystów był to potężny nieprzewidziany cios, po którym trudno było się podnieść, ale ich związek przetrwał. W 1971 roku wzięli ślub. Wkrótce otrzymali zaproszenie z USA, ale nie dostali paszportów. Łaskawski zmarł w grudniu 1974 roku, w wieku 58 lat. Po śmierci męża Danuta przekazała gromadzony latami zbiór rzeźb, naczyń i sztuki ludowej Muzeum Etnograficznemu. Zamieszkała w Nowej Hucie, w parterowym mieszkaniu z widokiem na śmietnik. Kiedy przyszły przemiany ustrojowe, liczyła, że może pomnik się odnajdzie albo ktoś zleci jego rekonstrukcję. Niestety, nie doczekała się. Zmagała się z chorobą płuc, zmarła w marcu 1993 roku w wieku 70 lat.

Pozostała jednak niezniszczalna pamiątka. Wydany w nakładzie 50 tys. egzemplarzy plan Krakowa na 1970 rok, na którym przy boisku Bronowianki ktoś zdążył zaznaczyć pomnik...

 

Rakieta jak rekompensata

Od jesieni 1969 roku w KD PZPR Zwierzyniec trwała burza mózgów, jak zatrzeć niekorzystne wrażenie wywołane głównie u towarzyszy radzieckich. Tymczasem okazja była na wyciągnięcie ręki. Okazało się, że decyzją kuratorium w kwietniu 1968 roku SP nr 19 przy ul. Senatorskiej otrzymała imię Gagarina, tuż po jego tragicznej śmierci, jednak przeszło to bez echa. Teraz wystarczyło tylko urządzić uroczystą oprawę z pozostawieniem symbolicznych pamiątek.

Uroczystość odbyła się w Dniu Kosmonauty 12 kwietnia 1970 roku z udziałem władz dzielnicy i wicekonsula ZSRR w Krakowie Walentina Pticyna. Skromną pamiątką była marmurowa tablica wmurowana ku czci Gagarina. Nieco okazalszą, postawiona przed szkołą 7-metrowa rakieta wsparta na trzech wspornikach imitujących smugi zostawiane przez statki kosmiczne. Tak oto niekorzystne wrażenie zostało zatarte, a aluminiowa rakieta przetrwała do dziś, skryta w koronach wybujałych cisów.

Po misji Apollo 11 na Księżycu lądowało jeszcze pięć statków załogowych. Jako ostatni dotarł tam – w grudniu 1972 roku – statek Apollo 17. Od tamtego czasu nikt już nie wylądował na Księżycu. Potwierdza to w jakiejś mierze obrazoburczą tezę Buzza Aldrina, że „nie ma tam po co wracać”. Dla uczczenia pionierskiej misji na całym świecie powstało wiele pomników Neila Armstronga, który personifikował ów „wielki skok dla ludzkości”. Tym najpierwszym z pierwszych był jednak 6-metrowy pomnik odsłonięty na stadionie Bronowianki, kilkanaście godzin przed pamiętnym lądowaniem.

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, listopad 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl

STYCZNIOWY NUMER JUŻ W SPRZEDAŻY!


Okiem Beresia:
Szef i Jego książki

 

Z najwyższej półki: Miasto książki
- Krzysztof Burnetko

Pasy pany: Felieton na ostatnią stronę
- Jerzy Pilch

Na czerwonym świetle