To, że w Krakowie działają najważniejsze wydawnictwa w kraju, wynika zapewne z tradycji kulturalnej miasta czy też, by rzec szumnie, jego genius loci. Ale jest to też zasługa tworzących te oficyny ludzi.

Ot, takie Wydawnictwo Literackie… Wystarczy powiedzieć, że jako bodaj jedyne w Polsce (oprócz serii Biblioteka Narodowa) nie zaniechało edycji krytycznych rodzimej klasyki – dowodem zakrojone na wiele tomów Dzieła zebrane Gustawa Herlinga-Grudzińskiego (na marginesie: właśnie w ich ramach ukazał się ostatnio pierwszy pakiet listów Herlinga i Jerzego Giedroycia – rzecz bezcenna dla pasjonatów historii PRL-u i emigracji, rodzimej myśli politycznej, krajowej i światowej – rosyjskiej zwłaszcza – literatury, a w końcu barwnych osobowości). Równocześnie WL wydaje od lat równie monumentalne Dzieła zebrane Czesława Miłosza (wespół z drugim krakowskim gigantem, czyli Znakiem) i Pisma zebrane Witolda Gombrowicza – także w formule opracowania krytycznego. Do tego dochodzą inne pomnikowe przedsięwzięcia – choćby Dzienniki Jana Józefa Szczepańskiego (niedawno wyszedł ich ostatni, szósty, tom) czy Dzienniki Sławomira Mrożka. Znowu: każdy z tych tytułów, prócz wartości czysto literackiej, jest fundamentalnym źródłem dla dziejów krajowej kultury, obyczajów, polityki, powojennej historii Krakowa wreszcie.

I już sztuką zarządzających WL jest to, że firmę wciąż stać na takie, owszem epokowe, lecz niedochodowe przecież zwykle przedsięwzięcia.

Pomaga pewnie między innymi sprzężenie zwrotne – wszak budowana przez takie właśnie tytuły renoma przyciąga do WL autorów pokroju Olgi Tokarczuk: Szczepana Twardocha, Jacka Dukaja – gwarantujących zyskowne już nakłady.

Sukcesem jest już samo utrzymanie się na trudnym dziś rynku książki. A krakowskie oficyny są na dodatek w elicie branży.

Albo taki Znak… Prócz wspomnianych Dzieł zebranych Miłosza może on chlubić się choćby serią poważnych (a równocześnie przednio napisanych) monografii na temat rozmaitych epizodów i postaci II wojny światowej, autorstwa między innymi tak uznanych badaczy jak Ian Kershaw, Roger Moorhouse czy Antony Beevor. A choć w powszechnym mniemaniu książki o historii najnowszej dobrze się sprzedają, to bodaj nikomu z rodzimych konkurentów nie udało się utrzymać tak długo podobnej serii i to na niezmiennie wysokim poziomie. Nie może być przypadkiem, że w drużynie historyków Znaku są też Norman Davies i Timothy Snyder. Osobną zasługą Znaku jest niezaniechanie propagowania trudnej przecież myśli niegdysiejszego filaru oficyny – ks. prof. Józefa Tischnera. To przecież także nie przynosi już pewnie profitów.

I znowu: chwała menedżerom i redaktorom Znaku za takie kształtowanie polityki firmy – zwłaszcza poprzez różnicowanie oferty – które pozwala także na publikowanie, cóż z tego, że niszowych, ale ambitnych tytułów.  

Jeszcze trudniejsze zadanie mają wszak mniejsze oficyny. Tu zakres manewru tytułami dochodowymi i tymi, które niekoniecznie muszą dać zysk, jest dużo mniejszy. Co gorsza, każdy błąd może okazać się ostatnim.

Tymczasem kilka małych krakowskich wydawnictw wypracowało silną pozycję w branżowej czołówce – i to właśnie dzięki temu, że odważyły się na ryzyko postawienia na tytuły elitarne, a więc adresowane do, zdawałoby się, niewielkiej liczby odbiorców.

Któż dziś czyta wiersze? – to częste już od lat i pozornie retoryczne pytanie. Tymczasem oficyna a5 Krystyny i Ryszarda Krynickich oparta jest właśnie na wydawaniu poezji. Owszem, najwyższej jakości – ale właśnie stąd wziął się sukces, bo tym jest już samo utrzymanie się na skrajnie trudnym dziś rynku.

A kogóż dziś, prócz naukowców, i to nielicznych, interesuje publicystyka polityczna z czasów PRL (choćby nawet autorów związanych z opozycją) czy akademickie rozprawy z zakresu historii sztuki czy krytyki literackiej? Tymczasem katalog prowadzonego przez Andrzeja Nowakowskiego Universitasu pełen jest takich właśnie pozycji – firma jednak nie pada, a ów katalog jest na dodatek całkiem obszerny.

Na iluż wreszcie czytelników mogą liczyć prozy zapomnianych często kompletnie autorów z Europy Środkowej (m.in. piszących w jidysz), subtelne eseje o wysokiej kulturze czy, znowu, poetyckie refleksje z różnych, czasem odległych epok. A jednak Wojciechowi Ornatowi udaje się wydawać dziesiątki takich pozycji i to często w różnych językach. Jego zaś Austeria ma już filie w Budapeszcie i Syrakuzach.

Zatem się da? Da. Trzeba tylko, powtórzmy, genius loci i świetnych, przekonanych do sensu swojej misji, ludzi.

 

Krzysztof Burnetko – wieloletni dziennikarz „Tygodnika Powszechnego”, później tygodnika „Polityka” (z którym współpracuje do dziś). Pasjonat nart i autor wielu książek, z których najmilej wspomina te o Marku Edelmanie.

 

 

Tekst z miesięcznika „Kraków”, grudzień 2019.
Miesięcznik do nabycia w prenumeracie, dobrych księgarniach
i najszybciej na ebookpoint.pl

STYCZNIOWY NUMER JUŻ W SPRZEDAŻY!


Okiem Beresia:
Szef i Jego książki

 

Z najwyższej półki: Miasto książki
- Krzysztof Burnetko

Pasy pany: Felieton na ostatnią stronę
- Jerzy Pilch

Na czerwonym świetle